W związku z przyjazdem Męża z delegacji miałam mały brak czasu. Ale sytuacja jest już unormowana, już wszystko i wszyscy na swoim miejscu, zatem mam nadzieję, że już będę systematyczniej.
Jeszcze wracając do tematu Męża, to bardzo cieszę się, że w końcu już jest. Chociaż właściwie mógł jeszcze zostać, a taką myśl miałam niestety... mimo, że kocham, że tęsknię, ale nie wiem czy Wam wspominałam, budujemy się. Jesteśmy na etapie "stan surowy zamknięty". W tym roku chcemy kłaść tynki, centralne, rurki jakieś (tu już nie bardzo się znam) no i stąd ta moja myśl o tym, że może lepiej jak Mąż jeszcze pozostanie w delegacji. Bo chęć powrotu wyraził sam swojemu przełożonemu, a ja w tym momencie pomyślałam, że będzie mniej pieniędzy na to, czy tamto (chodzi o budowę, nie o moje zachcianki, zwłaszcza, że ten dom budujemy bez żadnego kredytu, to możecie sobie wyobrazić ile ściubiemy, żeby to wszystko ogarnąć). No, ale jak już nie raz słyszałam, lepiej wolniej, a być razem, żeby potem nie było tak, że do nowego domu wprowadzają się obcy sobie ludzie. Coś w tym jest...
Teraz razem w domowych pieleszach sobie żyjemy, jest nam razem cieplutko, raźno, radośnie i cieszę się, że taką decyzję Mąż podjął. A co ma być to będzie.
Jak Mąż wrócił, stwierdził, że taka drobniutka już jestem, że może lepiej niech już się nie odchudzam... Szczerze mówiąc faktycznie przy nim diety trzymać nie idzie, ale nie chcę przybrać!!! I tylko w jednym dniu, na prośbę Męża nie ćwiczyłam. A tak, dziewczyny wiernie, dzielnie ćwiczę!!! Chociaż tyle z tego mojego trzymania linii jest.
I tak (dane z wczoraj):
SKAKANKA: 1300 podskoków
BRZUSZKI: rano 50, po południu 30.
PRZYSIADY:
A ja się zastanawiałam gdzie jestes... :) Dobrze, że jesteście już razem. Bo to ważne w zyciu jest. A dom... i tak będzie. Wiem ile to kosztuje wyrzeczeń i pracy. Ale najważniejsza jest rodzina :)Tych więzi zerwac, zaniedbac nie można. To się pielegnuje całe życie, żeby moglo nas radować zawsze. Mam nadzieję, ze będziesz miała czas tu nadal bywac :)